“Historia do kawy” – Miałam 10 lat – ogień spadał z nieba cz. II

[…] W Pisarzowicach była taka leśniczówka i obok niej staw. Tam utopiła się matka i córka, ponieważ bali się Rosjan.

 

W poprzedniej części opowiadałem historię Pani Gertrudy, która jako 10-latka przeżyła bombardowanie Brandenburgii i mierzyła się z okrucieństwem wojny. Wojny, która na zawsze pozostawia ślad i niewymazywane wspomnienia. Co spotkało rodzinę Pani Gertrudy po opuszczeniu zniszczonego miasta?

Zapraszam na kolejną część „Historii do kawy”.

„Nadzieje na nowe życie przyniosła nowe problemy”

Ucieczka z Brandenburgii była dla rodziny Pani Gertrudy powiewem nadziei i wytchnienia. Kamienna Góra leżała daleko od frontu. Pani Gertruda wspomina to miasto jako spokojne, turystyczne. „Nie było to ekstrawaganckie miasteczko. Było tu cicho i spokojnie”- wspomina.

Wejście Armii Czerwonej do Kamiennej Góry przyniosło rodzinie Michalików mnóstwo obaw. Pan Augustyn był bowiem byłym pracownikiem zakładów niemieckich, przez co w oczach komunistów mógł uchodzić za zdrajcę lub kolaboranta, mimo polskiego pochodzenia. Cała rodzina musiała uciekać, Pani Gertruda zapamiętała tę chwilę.

Wejście tutaj Armii Czerwonej było straszne. Kiedy oni tu przyszli, to musieliśmy uciekać z Pisarzowic. Naładowaliśmy 4-kołowy wózek. Co mogliśmy zabrać, to zabraliśmy i uciekaliśmy przez Czarnów. Baliśmy się gwałtów i prześladowań.

Pani Gertruda miała wtedy 11 lat i w obawie przed Rosjanami chciała uciec wraz z rodziną do Czechosłowacji – państwa,  które uchodziło wtedy za bezpieczne. Cała rodzina doszła lasami aż do przełęczy kowarskiej. Wcześniej, w okolicach Ogorzelca, trafiła na patrol Rosjan, który długo nie myśląc, otworzył ogień do cywilów. Wspólnie z rodziną Pani Gertrudy uciekało jeszcze kilka innych rodzin, które Armia Czerwona odebrała jako uciekających Niemców. W ciągu dwóch lat swojego dzieciństwa Pani Gertruda przeżyła potężne bombardowanie Brandenburgii oraz ucieczkę przed kulami rosyjskich karabinów.

Powrót

Państwo Michalik zostali zmuszeni do powrotu do Pisarzowic. Jednak nie wiadomo było, czy ich dom nie jest już doszczętnie zrabowany. Cudem nie stało się nic, a dom stał nienaruszony.

Nie baliśmy się rabunków tak bardzo jak gwałtów, do których dochodziło również w Pisarzowicach. Moja o 6 lat starsza siostra, wspólnie z grupą koleżanek ukrywała się w stodole, w sianie. Przychodzili żołnierze i szukali młodych kobiet. Ale nie wyglądali oni jak Rosjanie, bardziej jak Azjaci. Mama też mnie ukrywała. Gwałcili bez pardonu, zdarzało się, że nawet dzieci.

Po jakimś czasie do Kamiennej Góry i Pisarzowic przyszedł inny front rosyjskich żołnierzy, który chronił ludność przed gwałtami, jakich dopuszczali się ich towarzysze broni z odległych krain. Pani Gertruda opowiadała, że ci oficerowie mieszkali również w ich domu. Oficer, który szczególnie zaangażował się w ochronę rodziny Michalików, nazywał się Stanislav. Dobrze znał język polski. Pewnego dnia przyszedł do Pana Michalika i zapytał o pomoc w tłumaczeniu tego, co mówią mieszkający jeszcze na tych terenach Niemcy. Pan Michalik zgodził się, jednocześnie opowiadając o gwałcących i szabrujących żołnierzach. Kapitan Stanislav zaoferował swoją pomoc. Wszędzie można znaleźć ludzi dobrych.

Pomoc, której nikt się nie spodziewał

Pani Gertruda wspomniała sytuację, kiedy jej siostra znalazła się w niebezpieczeństwie – gwałt, jakiego próbował dopuścić się jeden z żołnierzy, został udaremniony przez Stanislava. Wyciągnął pistolet i strzelił w czapkę żołnierza tak, aby podobna sytuacja nie miała już miejsca. Nigdy wcześniej nie słyszałem takiej opowieści. Ale podobnie jak w przypadku Pani Janiny Zarzyckiej, również znalazł się żołnierz wrogiej armii, w którym możemy dostrzec dobrego człowieka. Pani Gertruda wspomina też, że żołnierze Rosyjscy przynosili im spadochrony niemieckie, szyte w byłych zakładach Grunfelda, a mama i siostra szyły z nich koszule dla żołnierzy. Trudno doszukiwać się w tej części opowieści złego zdania o czerwonoarmistach. Historia nie jest czarno-biała, a to tylko kolejny dowód, który potwierdza tezę.

Zagrożenie przynieśli nam rodacy

Zapytałem Panią Gertrudę, czy widziała Niemców, którzy ukrywają swoje kosztowności w obawie przed Rosjanami. Odpowiedź brzmiała tak:

Oni wiele rzeczy ukrywali i dużo się o tym mówiło. Niektórzy z nich odbierali sobie nawet życie. Ale gdzie to ukrywali, to nie wiem. W Pisarzowicach była taka leśniczówka i obok niej staw. Tam utopiła się matka i córka, ponieważ bali się Rosjan.

Co szalenie ciekawe, represje na rodzinę Michalików nie spłynęły ze strony Rosjan tak, jak ze strony Polaków. Milicja Obywatelska bardzo często nachodziła członków rodziny i dochodziło nawet do różnych aktów przemocy. MO wzięła ojca Pani Gertrudy za kolaboranta. Prędzej czy później musiało się to stać. Pan Augustyn nie był jednak żadnym nazistą. Był człowiekiem, który znał się na kreślarstwie i budowie samolotów. Chciał utrzymać siebie i rodzinę przy życiu a firma Arado oferowała przyzwoity zarobek. Tę wojnę trzeba było jakoś przeżyć. MO wielokrotnie biła i siostrę i tatę Pani Gertrudy nie pytali o prawdę.

Ogromna lekcja i wdzięczność

Dlaczego tak łatwo przychodzi nam ocenianie i określanie:  winny, niewinny? Dlaczego na naszą rzeczywistość rzadko patrzymy nieco szerzej? Opowieść Pani Gertrudy jest dla mnie kolejną ogromną lekcją i pragnę, aby taką była dla wszystkich moich słuchaczy i czytelników. Od początku lat 60. Pani Gertruda mieszka w Świebodzicach i bardzo możliwe, że teraz mnie słucha. Jeśli tak jest, pragnę Pani z całego serca podziękować za te opowieści i mam ogromną nadzieję, że pokażę Pani te miejsca, które dzisiaj są atrakcjami turystycznymi, a dawniej były kontrolowane przez żołnierzy.

 

Dziękuję za poświęcony czas

Maciej Regewicz

 

Zostaw komentarz

Imię
E-mail
Comment

Polub nas