Historia do kawy: Richard Rudolph

Szperając w archiwach naszego województwa natknąłem się na postać nietuzinkową i mało znaną. Richard Rudolph to były więzień dwóch obozów koncentracyjnych, który do niewoli trafił za swoje wyznanie. Był Świadkiem Jehowy. Na Jego temat jest niewiele informacji w polskich mediach. Udało mi się znaleźć wywiad z Richardem przeprowadzony w roku 1997. Rozmowę prowadził Robert Buckley. Postanowiłem dla Was przetłumaczyć fragment wywiadu i tym sposobem upamiętnić historię Richarda Rudolpha.

 

Rudolph, kiedy się urodziłeś, kim byli twoi rodzice i gdzie dorastałeś?

Urodziłem się 11 czerwca 1911 roku w Gorcach na Śląsku, powiat Waldenburg. To była wioska górnicza, wychowałem się u dziadków. Jako dziecko prawie nie znałem swojej matki, bo była pokojówką u protestanckich plebanów. A podczas wojny była w Turyngii, pracując dla ministrów protestanckich. Nie było wtedy dobrych sposobów. Połączenia kolejowe były kiepskie, przez to że bardzo rzadko widywałem mamę to zawsze myślałem, że mój dziadek i babcia są moi rodzicami.

Ile miałeś rodzeństwa?

Cóż, to duży problem. Po Wielkiej Wojnie, moja matka wróciła do domu do rodziców i tam poznała kolegę ze szkoły. Poślubiła go i razem mieli jeszcze troje dzieci, dwie dziewczynki i chłopca. Więc to było moje przyrodnie rodzeństwo. Kiedy zdałem sobie później sprawę, kto był moim prawdziwym ojcem, miałem już dwóch braci znacznie starszych ode mnie. Szacuję, że jeden z nich miał 13 lat, a drugi 10, a tych dwoje przyrodnich, które poznałem później, w wieku 16 lat. Wtedy nie wiedziałem, że to moje przyrodnie rodzeństwo. Ojca też poznałem dopiero w tamtym czasie, i wołałem do Niego mówić na Pan. Mój najstarszy brat był także moim mistrzem.

Jakiego zawodu się uczyłeś?

Uczyłem się piekarstwa, później pracowałem w kopalni. Kiedyś było całkowicie inaczej niż obecnie. Dzieci wcześnie zaczynały  pracę. Więc w kopalni zacząłem pracować wiosną do jesieni. Zbierałem węgiel z hałdy kopalni. W tym czasie były też duże strajki górników. My jako dzieci, zbieraliśmy węgiel i dawaliśmy go piekarzowi za chleb. Jesienią także wypasałem kozy w górach, a zimą sprzedawałem miotły. Kiedy miałem około 10 lat, mój dziadek robił miotły, a ja je sprzedawałem. Zawsze wiązałem ich około dziesięciu na saniach, a potem szedłem do pobliskich wiosek i sprzedawałem je. Często było tak, że  przybyłem do wioski w bardzo mroźny zimowy dzień i nie sprzedałem ani jednej miotły. Sprzedawałem je za 50 fenigów za sztukę, z czego dostawałem 10 fenigów za każdą sprzedaną miotłę. Oczywiście nie mogłem od razu wydawać pieniędzy. Wszystko szło do skrzynki na oszczędności.

Pamiętam, że w jednej wiosce wszedłem do piekarni i zapytałem się czy chcą kupić miotłę. Żona mistrza piekarskiego była w sklepie i zapytała:

  • O rany, skąd jesteś?

Z Rothenbach

  • I jak masz na imię?

Richard Rudolph

  • Twoje imię to Richard Rudolph? I gdzie mieszkasz?

W ten sposób mnie przesłuchiwała. Potem spojrzała i o dziwo, otworzyła drzwi do kuchni zawołała: „Johann, chodź tutaj! Jest tu chłopiec, który sprzedaje miotły”. Ten Pan wyszedł i zapytał:

  • Co chcesz?

Sprzedawać miotły.

  • W porządku. Ile to kosztuje?

50 feningów.

  • Ok. Jak masz na imię?

Richard Rudolph.

  • Nazywasz się Richard Rudolph. Gdzie mieszkasz?

Powiedziałem mu więc wszystko, Rothenbach… to i tamto. “W porządku.” A potem mówi tej kobiecie: „Żono, zrób mi filiżankę kawy i przynieś nam ciasta!”

W tamtym czasie my, dzieci, w ogóle nie widzieliśmy ciast. To było w trudnym okresie po rewolucji. Nie znaliśmy ciast. W każdym razie wszedłem do kuchni, usiadłem przy stole,i była tam ogromna góra ciastek. Zjadłem je wszystkie. Pamiętam, że w tym domu był też mały chłopiec, z którym zacząłem się bawić. Zaprzyjaźniliśmy się. Nie wiedziałem jednak, że ten młody chłopak jest moim siostrzeńcem ,a ten starszy pan jest moim przyrodnim bratem. W każdym razie chodziłem tam co tydzień, przynosiłem węgiel i dostawałem chleb. Od czasu do czasu worek mąki i bułki, więc chodziłem tam z chęcią co tydzień. Było zupełnie inaczej niż teraz.

Najciekawsze było, jak wróciłem do domu mojej babci pewnego dnia. Tam wiele się działo. Cała rodzina była zawsze razem. Wtedy była moja matka, mój ojczym, siostra mojej mamy, jej mąż, mój kuzyn, a także brat mojej matki i jego żony. Wróciłem rozpromieniony, ponieważ sprzedałem wszystkie miotły, przyniosłem mąkę, chleb, bułki i powiedziałem: „Wszystko sprzedane!” Wszyscy zaniemówili. „Skąd mam to wszystko” ? powiedziałem: „Byłem tu i tam”. Wtedy moja ciocia, siostra mojej mamy powiedziała: „On już tam nie pójdzie”. Mój ojczym się śmiał, moja matka płakała. Babcia wyglądała na zawstydzoną, mój dziadek też wyglądał dziwnie. Nie wiedziałem, co się dzieje. To było bardzo pogmatwane. W każdym razie, po tej sytuacji okazało się, kto to naprawdę był kim, a kogo wcześniej nie znałem.

Potem chodziłem do tego domu co tydzień i dostarczałem węgiel w zamian za chleb itp. Później pomagałem im też w piekarni. Naprawdę lubiłem pomagać w piekarni. Zawsze byłem ciekawy, jak się robi ciasta. Pytałem piekarza –  „Jak to robisz?” Zobaczyłem to wszystko i bardzo mi się spodobało. Zawsze czerpałem z tego radość. A potem zbliżał się czas, kiedy skończyłem szkołę i pojawiło się pytanie: „Jakiego zawodu chcesz się nauczyć?” Mój dziadek powiedział: „Chłopiec zostaje stolarzem”. Odpowiedziałem: „Nie, zostaję piekarzem”. Lubiłem piekarnię, uwielbiałem produkować różne rzeczy i tak dalej. I oczywiście postawiłem na swoim. Uczyłem się piec, nie wiedząc, że uczę się u mojego ojca i mojego przyrodniego brata.

Czy mówiłeś o swoim pochodzeniu religijnym? Jakie było pochodzenie religijne w  Twojej rodzinie? Wspomniałeś, że  protestanckie. Twoja matka pracowała u protestanckich duchownych, a co z Waszym osobistym pochodzeniem?

To jest bardzo ciekawe i interesujące. Kiedy byłem jeszcze małym chłopcem. Miałem około 3 lat. Brat mojej matki, bardzo mnie kochał. Mój dziadek był też kochanym facetem, był naprawdę dobrym człowiekiem. Był świetny, nie mogłem znaleźć lepszego dziadka. Również moja babcia. Ale dzieci są takie, że chcą mieć wokół siebie kogoś młodego. Brat mojej matki, wuj Gustav, był dla mnie bardzo dobry i bawił się ze mną. On zabierał mnie na przejażdżki na rowerze, lubił robić to, co inne dzieci. W latach 1916/17 został powołany do wojska.  

Podczas I wojny światowej?  

Nie mogłem tego pojąć, podczas I wojny światowej nie mogłem zrozumieć, dlaczego został powołany. I jak mówiłem, była to dla mnie bardzo duża strata. A kiedy usłyszałem, że został powołany i  że ludzie na wojnie się zabijają. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Nie mogłem tego zrozumieć – jako mały chłopiec.

Wujek zginął podczas wojny i to naprawdę mną wstrząsnęło.

W tym czasie bardzo często chodziliśmy do kościoła protestanckiego. Oczywiście prusko-protestanckiego. Starszy brat mojej matki chciał zastrzelić mojego ojca. Mój ojciec był katolikiem. W każdym razie chciał zabić mojego ojca. I wtedy mój dziadek go wyrzucił. Powiedział – „To wykluczone! Nie można zrobić czegoś takiego. Tym bardziej w rodzinie”. To było moje dzieciństwo, a ja już jako dziecko miałem niechęć do wojny. Byliśmy protestantami i często chodziliśmy do kościoła, ale im więcej chodziłem do kościoła, tym bardziej nienawidziłem duchownych. Modlili się wojennymi modlitwami, to było dla mnie obrzydliwe i z tego powodu absolutnie nie miałem prawdziwej więzi z religią protestancką i nie podobało mi się takie podejście.

W każdym razie poznałem ojca później i przez długi czas nie wiedziałem, że jest moim ojcem. Wspaniały człowiek, bardzo katolicki, nawet budował kościoły. Pomagał budować kościół jezuitów w naszym mieście. Księża katoliccy przyjeżdżali do kościoła z opactwa w Krzeszowie. Przyjeżdżali bardzo często, a to mi się nie podobało. W każdym razie nie miałem większej więzi z religią, ale interesowała mnie osoba Jezusa. Zauważyłem wiele sprzeczności między religią a osobą Jezusa. Jezus był skromny, a  zachowywanie się wielkich religii to było coś, czym byłem zniesmaczony. W szkole dowiedzieliśmy się również bardzo dużo o teorii ewolucji, a przede wszystkim o wielkich ludziach, tzw. niemieckich mężczyznach, jak Goethe, Schiller itp., Wszyscy oni byli w szkole wysoko oceniani.

Do klubu wielkich mężczyzn dodaliśmy również Jezusa. Jezus był dla mnie nikim innym jak Goethem, Schillerem, Fryderykiem Wielkim. Był wielką osobowością, która głosiła wielkie rzeczy. Jednak w pewnym momencie zdajesz sobie sprawę, że coś jest nie tak. Jak mówiłem, przedstawiano nam w szkole teorię ewolucji i ponieważ nie miałem dobrego zdania na temat wielkich wyznań, wszedłem w obszar nauki i teorii ewolucji. Ta nauka była wtedy dla mnie, powiedzmy czymś bardzo istotnym. Muszę też powiedzieć, że ze względu na istniejące warunki, zdałem sobie sprawę, że większość moich kolegów ze szkoły mało interesowało się przyszłością. Mnie interesowała przyszłość i nauka.

Jaki jest sens życia?

Martwiłem się o jego sens jako młoda osoba. Teoria ewolucji była obszarem, którym byłem szczególnie zainteresowany. Moją edukację ukończyłem jako piekarz. Jako czeladnik pojechałem do stolicy powiatu i tam pracowałem w przeciętnej piekarni. Mając 17 lat byłem już najstarszym czeladnikiem i musiałem zarabiać na życie. Do domu wracałem rzadko, tylko w odwiedziny. Zresztą poznałem kolegów, innych czeladników piekarzy, którzy zaprosili mnie do bractwa czeladników piekarzy. Myślałem, że słowo „Braterstwo” znaczy coś innego niż w rzeczywistości. Tak naprawdę był to tylko klub  alkoholowy dla palących mężczyzn, korzystających z usług prostytutek, nic więcej. Dla mnie jako młodego faceta takie szaleństwa nie były ważne: nie zaczynaj palić, nie zaczynaj pić, a przede wszystkim nigdy nie dotykaj kobiety, jeśli nie jesteś pewny, że ​​zostanie matką twoich dzieci. Te wartości były dla mnie ważne już w wieku nastolatka. „Braterstwo” piekarzy czeladników przestało mi się podobać. Ale jak mogę opuścić ten klub?

Niestety z powodu presji rówieśników zacząłem palić. Nie piłem dużo, ale stałem się nałogowym palaczem. Jak już mówiłem, nie lubiłem nałogów i między innymi z powodu presji rówieśników wyjechałem do Kamiennej Góry na Śląsku, w Karkonoszach – tam szukałem nowej pracy. Następnie pojechałem do Piechowic i byłem tam czeladnikiem. Miałem tam dobrego ucznia. To była moja jedyna przyjaźń. Zawsze chodziliśmy na spacery, kiedy oczywiście mieliśmy czas. Tak było głównie w niedziele. W domu, w którym pracowałem jako piekarz, było kilka rodzin, a wśród nich rodzina Ulbrichtów. Rodzina Ulbrichtów, czyli pan Ulbricht, był młodszym bratem Waltera Ulbrichta, późniejszej głowy państwa NRD. Byłem młodym facetem w wieku 19 lat i zrozumiałem, że mój ówczesny szef… był w tym czasie komunistycznym mówcą. Co to był ten komunizm…?

Dla mnie to wyglądało tak: albo był niemiecki – narodowy, albo narodowy socjalista albo komunista. Poglądy: niemiecki narodowy i narodowosocjalistyczny, nie były dla mnie w ogóle atrakcyjne.

Dlaczego?

Ponieważ nienawidziłem wojny. W tym czasie w Niemczech panowała tendencja: „Od Renu, do Renu, do niemieckiego Renu! To moja ojczyzna, musi być największa”. Z resztą to była wtedy bardzo popularna piosenka w tym czasie. Miałem 19 lat i mówiłem im: „To nie działa. To tylko prowadzi do wojny. To może tylko doprowadzić do wojny”. To między innymi dlatego zainteresowałem się komunizmem. I tak zacząłem dyskusję z Walterem Ulbrichtem.

Ale Walter Ulbricht nie widział komunizmu, tak jak Karla Liebknecht czy Róża Luksemburg. „Demokracja to wolność dysydentów”. Był też komunizm stalinowski, który głosił, że „Jeśli nie chcesz być moim bratem, rozwalę ci mózg”. I ten kierunek w ogóle mi nie odpowiadał. Dlatego dyskutowałem na ten temat z Walterem Ulbrichtem. Kłóciliśmy z powodów politycznych i religijnych. Jezus był dla mnie wielką osobowością. Nie wiedziałem wtedy, kim naprawdę jest. Ale kłóciliśmy się z powodu Jego osoby. Chociaż nie byłem wyznawcą religii w sensie kościelnym, to szanowałem wielkich mężczyzn. Goethe, Schiller oraz Jezus. Tu zderzały się zdania. Ale jak powiedziałem, komunizm, narodowy socjalizm, to były dwa problemy, które unosiły się nad ludem. Zresztą w tym domu była rodzina, mężczyzna był… kobieta była z Wiednia a mężczyzna był… nie pamiętam.

Czy był On Węgrem?

Tak, Węgrem jasne! Tak, ten człowiek był Węgrem i dmuchaczem szkła, był zabawnym facetem i lubiłem z nim rozmawiać. Czasami gadał bzdury, ja też. Powiedział mi kiedyś, że: „Ja też byłem głupim osłem, tak jak ty czasami”. On naprawiał też buty. Gdy przyniosłem mu buty, powiedział: „Dziś jestem chory. Dalej będę chory, ale pojutrze dalej będę chory”. Węgier miał 3 córki, byli Oni przyjaciółmi głównych sekretarzy w dużych fabrykach.

Interesowała ich moja edukacja. Chcieli zaprowadzić mnie do tych wielkich ludzi, do światowej literatury: Goethego, Schillera, Szekspira i Whitleya Graya. Uwielbiałem to czytać, te prace i dyskutować o nich. Także rosyjscy autorzy, tacy jak Tołstoj i nie pamiętam nazwiska….

Puszkin?

Puszkin, tak, tak. Oni pisali wspaniałe dzieła, ale byli też inni wielcy, rosyjscy pisarze. Im bardziej zajmowałem się tą literaturą, tym bardziej mi coś narzucano. Ci wszyscy  pisarze, piszący wielkie rzeczy oskarżali ludzkie złudzenia i ludzki zmysł. To było ciekawe, ale nie można tym naprawić ludzi. Zadawałem sobie pytanie: gdzie jest rozwiązanie problemów? Jako ostatnią książkę przeczytałem książkę Tołstoja, „Wojna i pokój”. Całkowicie utożsamiłem się z główną postacią. Ten główny bohater nienawidził także wielkiej religii, papieży, popów rosyjskich, ale on nie odrzuca wiary. Nienawidzi wojny i w niej nie uczestniczy. To jest podstawa wielkiej sprzeczności. Czytając to, znalazłem się w tej samej, konfliktowej sytuacji co bohater książki. Jestem ewolucjonistą, zupełnie inaczej myślę, ale im więcej zajmowałem się teorią ewolucji, tym bardziej jest ona nielogiczna. Dlatego zadałem sobie pytanie: A może to co innego?

Czytając książkę Tołstoja, „Wojna i pokój”, myślałem, czy naprawdę jest Bóg? Co ciekawe, kiedy odwiedziłem babcię w domu i kiedy poszedłem spać wieczorem zapytała mnie: Richard, czy nadal się modlisz? Odpowiedziałem: Jak możesz tak mówić? Jak możesz zadać takie głupie pytanie? Oczywiście tego nie powiedziałem, ale tak pomyślałem. Jak możesz zadać takie pytanie? A cztery tygodnie później naprawdę się modliłem tak, jak nikt wcześniej się nie modlił: „Drogi Boże, jeśli naprawdę istniejesz, pokaż mi prawdę, także wtedy, gdy muszę cierpieć z powodu niedogodności. Ale pokaż mi prawdę”. I tego się trzymałem. Nie mogłem się spodziewać niczego po wielkich denominacjach, nie mogłem oczekiwać od Niego, że pokaże mi prawdę, więc zwróciłem się do sekt.

Najpierw poznałem Nowy Kościół Apostolski. Mówili Oni, że świat zginie, zawsze mówią, że zginie. Bóg spali niebo i Ziemię i wszystko zniknie, a nowi apostołowie poszliby do nieba. Ja zawsze mówiłem: „Kiedy niebo również zostanie spalone, to dokąd mają się wszyscy udać? Nonsens! ” Ziemia również zostaje spalona, ​​a następnie Bóg tworzy nową ziemię. Dlaczego nową ziemię? Jeśli istnieje dość planet, to nie musi tworzyć nowej ziemi. W każdym razie to do mnie dotarło. Powiedziałem: coś tu jest nie tak.

Natychmiast skończyłem z nimi. Adwentyści opowiadają te same bzdury. Nowi apostołowie chcą iść do nieba, adwentyści chcą iść do nieba, to przyszedłem do baptystów, powiedzieli te same bzdury. Wtedy powiedziałem: Kto idzie do nieba kto zostanie podniesiony? Kłócili się ze sobą. Kto będzie wyniesiony do Nieba i kto zostanie zesłany z Nieba, kiedy zostanie stworzona nowa ziemia? W każdym razie powiedziałem: coś jest z tym nie tak.

To było dla mnie całkowicie nielogiczne. Więc mam wszystko. Wielkie religie i sekty zostały przetworzone, a potem pomyślałem: co się teraz stanie? Z czasem zmieniłem miejsce pracy, przy okazji byłem też w Piechowicach. Potem dotarłem do Jeżowa Sudeckiego, niedaleko Jeleniej Góry i raz po raz miałem te wspaniałe myśli. W międzyczasie dziadek zmarł. To mnie strasznie zdruzgotało. Pomyślałem “popatrz, umarł w ten sposób”. Walczył strasznie na tej pięknej ziemi i co ma teraz? Wszystko zniknęło, nic nie ma i już. I tu powstał kolejny problem.

Zresztą, gdzie jest ich rozwiązanie? Potem rozmawiałem z kobietą, protestantką, nieco starszą ode mnie, ale bardzo sympatyczną. Rozmawialiśmy właśnie o tych problemach, o ich rozwiązaniu. Powiedziała: „Spójrz, mam coś, mam tutaj.” Była tam mała szafka, a stamtąd wyjmuje stos broszur. Przeczytaj to.” Wtedy miałem taką broszurę. WulfhartSieger to nazwa pierwszej z nich. Czytałem i czytałem, a potem powiedziałem: To bardzo interesujące, jeśli to prawda. Gdyby to była prawda, uwierzyłbym, że istnieje Bóg. Wtedy ludzkość ma przyszłość.

Daje mi stos broszur i czytam, gdziekolwiek się udałem. Czytałem i zawsze zabierałem ze sobą te broszury. I jak powiedziałem, byłem wcześniej kilka razy w stanach depresyjnych. Ludzie myśleli, że wariuję. Gdziekolwiek się udałem, widziałem Badaczy Pisma Świętego. Właściwie to ich szukałem. Gdzie są ludzie, którzy w to wierzą? Pytałem też sąsiadów o broszury: „Czy przeczytać to? Odpowiedzieli: „Och, to Badacze Pisma Świętego”. „Nie obchodzi mnie to” W każdym razie szukałem tych ludzi.

A po pewnym czasie jeden z nich powiedział mi, że w Konsum jest sprzedawczyni, która studiuje Biblię. Jest ode mnie o trzy lata starsza, bardzo młoda dziewczyna. Ubrałem się, poszedłem do fryzjera i chciałem poznać tę młodą damę. Pomyślałem, że muszę porozmawiać z tą kobietą. Wszedłem do sklepu. Chciałem kupić u niej paczkę papierosów. Zapytała czy jestem członkiem Konsum? Odpowiedziałem, że Nie.  „W takim razie nie mogę ci sprzedać papierosów”.

W tamtym czasie tak było, że tylko członkowie klubu Konsum mogli kupować papierosy. Zrobiłem się czerwony na twarzy. Sprzedawczyni zdała sobie sprawę, że nie przyszedłem z powodu papierosów, bo dziwnie na nią patrzyłem. Uśmiechnąłem się dziwnie. Nie mogłem rozmawiać z dziewczyną, bo szef był obok niej. Dowiedziałem się, gdzie mieszka jej matka. A więc do niej poszedłem. Karmiła kozy. To było o godzinie 19:00. Powiedziałem: „Och, pani Hielscher, jest pani Badaczką Pisma Świętego”. Wyglądała dziwnie i myślała, że ​​chciałem z niej kpić. Nie wyglądała zbyt przyjaźnie, jak powiedziałem, myślała, że ​​chcę się z niej wyśmiewać. Powiedziałem, że Pani Hielscher bardzo mnie interesuje, ponieważ przeczytałem niektóre z jej broszur i bardzo mnie zainteresowały.

My mamy tu nasze spotkania, spotykamy się tutaj na studiach biblijnych, w moim domu. Potem powiedziała coś o pierwszej przepowiedni, absolutnie tego nie zrozumiałem. To była przepowiednia Rdz 3:15: Wprowadzę nieprzyjaźń między tobą a kobietą i między twoim potomstwem a nią. On zmiażdży ci głowę, a ty uderzysz go w piętę.

W ogóle nie rozumiem, co miała na myśli. Pomyślałem, o jakich dziwnych rzeczach ona mówi (?). Powiedziałem po prostu, że to prawda. Więc zaprosiła mnie na studium. Przebrałem się i poszedłem do gabinetu. To była dziwna sytuacja. Inne córki nie były świadkami Jehowy, nie opowiadały się za prawdą. Oni byli naprawdę światowymi ludźmi. Mnie nie znali. Nie wiedziałem też, że to córki tej kobiety.

19 lat niewoli

Panie Rudolph, przejdźmy do czasu, kiedy pana aresztowano. Kiedy Pan poszedł do więzienia. Czy możesz nam Pan powiedzieć coś o tamtym czasie?

Tak. Zostałem resztowany nagle, w roku 1936. Dwóch moich braci także. Nie zauważono nas, kiedy szmuglowaliśmy. Rzucaliśmy się w oczy, w miejscu gdzie znajdowała się zajezdnia mojego brata, pod przykrywką. Napisano do nadawcy z Jeleniej Góry, po czym gestapo dokładnie zbadało to miejsce. Zostaliśmy aresztowani. Dostałem wtedy prawie rok aresztu śledczego, po czym sąd specjalny we Wrocławiu skazał nas na długie przebywanie w więzieniu. Jeden brat został skazany na 4 lata więzienia, ja dostałem 2 i pół roku więzienia, kolejnego brata skazano na 1 rok. Uznano nas za przestępców. Wszystko było celowo tak ułożone, że byliśmy przestępcami. Później Dyrektor więzienia mi to powiedział, kiedy zostałem przyjęty do więzienia we Wrocławiu.

Spędziłem czas w takim młodzieżowym więzieniu. Dyrektor więzienia powiedział mi też, że byłem jednym z największych przestępców w tym więzieniu i z tego powodu na mojej celi znajdował się napis „więzienie komórkowe”. To oznaczało, że żadnemu policjantowi nie pozwolono ze mną rozmawiać, ani żadnemu innemu osadzonemu nie pozwolono się ze mną kontaktować. Policjanci obserwowali moje zachowanie jako osadzonego i byli mile zaskoczeni, że nie sprawiam problemów. Z tego powodu niektórzy z nich próbowali w ten czy inny sposób złagodzić moją sytuację. Pierwsze wrażenie było okropne. Prawie nie miałem wody, nie więcej niż ćwierć galonu. Woda miała wystarczyć do higieny osobistej i do oczyszczenia celi. Zwracałem uwagę na porządek w celi i pilnie go przestrzegałem. Walczyłem z robactwem.

Całe więzienie było znane jako „Dom robaków”. Policjanci to docenili. Cenili to, ponieważ nie zabierali robaków do domu, za co karciły ich własne żony. Na tym posterunku był też policjant, który był do mnie życzliwie nastawiony i chciał za wszelką cenę wyciągnąć mnie z więzienia. Robił naprawdę wiele w tym kierunku. Ponieważ byłem piekarzem i cukiernikiem, ten załatwił mi pracę w piekarni. Byłem tam tylko przez krótki czas. Zaletą było to, że to była przyjemna praca. Poza tym ćwiczyłem. Robiłem pompki, brzuszki, przysiady. Nigdy się nie nudziłem, nawet w więzieniu komórkowym.

Kiedy byłem w piekarni, siedziałem w celi razem z czterema innymi więźniami, to było bardzo niewygodne. Nie pozwalali mi robić wielu rzeczy. Mieli także możliwość zakupów.

Co kupowali?

Żadnych artykułów spożywczych, kupili tytoń do żucia, który pocięli, wysuszyli na podgrzewaniu, a po wyschnięciu robili z niego papierosy. Strasznie śmierdziało suszenie. Przez cały dzień śmierdziało, a potem palili to w nocy. Zawijany tytoń do żucia w papier gazetowy naprawdę cuchnie. Mogę śmiało powiedzieć, że przeszkadzało mi to bardziej niż siedzenie więzieniu komórkowym. Zapach potu z ciał tych ludzi były tak nieprzyjemny, że naprawdę tęskniłem za swoją celą, ale nie mogłem nic zmienić. W końcu ten czas się skończył i w sylwestra 1938 roku miałem zostać zwolniony. Policjanci mieli udział w moim zwolnieniu, ale wiedzieli także, że coś się szykuje. Dostałem ubrania i życzyli mi szczęścia w Nowy Rok. Nie wiedzieli, że zaraz po zwolnieniu zostanę ponownie aresztowany.

W moim świeżo wyprasowanym garniturze i świeżo wypranej koszuli zostałem ponownie aresztowany i przewieziony do komendy policji we Wrocławiu. Tam było bardzo źle. Trafiłem do bardzo złego więzienia komórkowego. Było tam jeszcze gorzej niż w poprzednim więzieniu. Smutne było to, że moi krewni czekali na mnie w domu. Wcześniej mieli sprowadzić moją babcię, żeby mogła się ze mną zobaczyć. To była naprawdę bolesne. Moja babcia była do mnie przywiązana, a ja byłem do niej. Bardzo chciała, żebym wrócił do domu. A kiedy zdała sobie sprawę, że nie wrócę prędko, to strasznie dużo płakała. Odwiedziła mnie raz w tak zwanej celi dla gości. Były w niej pręty jak w klatce lwa, a ja w tej klatce się znalazłem. Odwiedziły mnie moja mama i moja babcia. Obie płakały strasznie, Najgorsze było, gdy mnie zabierali, a moja babcia pobiegła i zawołała: „Richard!” To była najgorsza rzecz w całym moim zatrzymaniu.

Po spędzeniu czasu we Wrocławskim więzieniu oddelegowano mnie do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen. Byłem tam do około 24 stycznia lub 25 stycznia1939 roku. Prowadzano nas po mieście jak przestępców, zawsze po dwóch. Razem w łańcuchach byliśmy w grupach 50 lub 60 więźniów. Wszyscy patrzyli i mówili „Wszyscy przestępcy!” Byliśmy zdumieni. Przyprowadzono nas do samochodu deportacyjnego. Samochody deportacyjne wyglądały jak cele dla jednej osoby. W nich zawieziono nas do Berlina. Potem przewieziono nas do Sachsenhausen. Wagon został otwarty i od razu słyszałem krzyki „Padnij!”. Wyrzucali nas z wagonu. Przed główną bramą obozową przeczytałem duży napis „Arbeit macht frei”.

Pomyslałem… praca wyzwala. Cóż, nie muszę się w takim razie bać. Nauczyłem się pracować, mogę pracować, więc długo tu nie będę…

Moje losy potoczyły się zupełnie inaczej. Musieliśmy ustawić się w kolejce przed bramą, a potem przyszedł komendant i dowódca obozu. Nazywał się Eisfeld. Szybko zdałem sobie sprawę, że nie jest dobrym człowiekiem. Znęcał się nad każdym. Zwłaszcza nad nami – Świadkami Jehowy. Od razu powiedział nam, że żywi stąd nie wyjdziemy. Potem przyszli ludzie-kości. Trupie czaszki, to byli esesmani. Na ich czapkach były tylko piszczele. Dlatego mówiliśmy na nich ludzie kości. Jeden z nich mówił, że Wasza przechodzi przez komin. Wiedzieliśmy już, co się z nami stanie. Praktycznie już byliśmy skazani na śmierć. Za niepodpisanie się groził komin.  

Co do wiary w obozie. Większość z tych, którzy poznali prawdę w rzeczywistości poznali ją w małym stopniu. Ja też byłem jednym z nich. Nie znałem nawet różnicy między Ezawem a Izaakiem lub między Jakubem a Ezawem. Znaliśmy tylko podstawy. Pierwsza zasada to Chrystus zaczął panowanie. Wiara była dla nas niezwykle ważna. Zastanawiałem się: „Co mam zrobić, Jehowa musiał mi coś przekazać”. Miałem zasadę, że kiedy wyjdę teraz z obozu, to ze wszystkimi. Po wybuchu wojny, do obozu sprowadzono brata Augusta Hickmanna. Również jednego ze Świadków Jehowy, jednego z nas, który był powołany do wojska. Przebywał w areszcie około trzech dni. Pewnegodniabyliśmy razem w pracy. Przybywają do nas esesmani, młodzi esesmani, około 20-25 lat, nie starsi niż 25 lat. Młodzi, silni faceci przybyli do pracy z pałkami i pytali wszystkich, o wszystko.

Pytali „Czy ty też jesteś takim Badaczem Pisma Świętego?” Odpowiedziałem, że tak i pobili nas. Takie wypytywania były prowadzone od czasu do czasu.

Nasz brat August Hickmann miał zostać stracony. Późnym popołudniem przyjechali SS-mani i zaczęli wszystkich nas bić. Nie wiedzieliśmy dlaczego; po prostu tak było. Potem powiedzieli, że wszyscy się wyprowadzają. To znaczy, że praca miała się skończyć godzinę wcześniej. Przestaliśmy pracować, wprowadzono wszystkich więźniów do obozu, a kiedy weszliśmy do środka, widzieliśmy już z daleka podniesioną warstwę żwiru. Z przodu ze żwiru znajdowała się ściana z desek, a po jej prawej stronie znajdowała się czarna skrzynia. I musieliśmy ustawić się w jednej linii do tej ściany z desek. Pozostali więźniowie stali tam, wszyscy na baczność. Wszystkich dokładnie ustawili, cały obóz.

Wokół nas stali żołnierze w czarnych mundurach SS. Stali w pozycji strzeleckiej. Na wieżach także stali żołnierze, przy karabinach maszynowych. Musiało wydarzyć się coś strasznego. Staliśmy przed tą bramą i nagle, wystawiono brata Hickmanna. Kazali mu stanąć przed murem. Komendant obozu wygłosił złowieszczą mowę i wydał  rozkaz egzekucji. Brat August został zabity i rzucony do trumny. Jego własny brat wbijał gwoździe do trumny. Ze wszystkich więźniów, którzy byli Świadkami Jehowy zostało nas tylko dziesięciu. Brat Weber, brat Böttcher, brat Sterz i jeszcze inni, których nazwisk już nie pamiętam. W pewien niedzielny poranek w marcu roku 1940 powiedziano nam, egzekucja zostanie wykonana dziś po południu, po apelu. Następnie pożegnaliśmy się z braćmi i dodało nam wszystkim otuchy. Baliśmy się egzekucji. Chcieliśmy żyć. Kochaliśmy życie. To jest całkowicie ludzka sprawa.

Ale z punktu widzenia Jehowy śmierć wygląda zupełnie inaczej. Wiedzieliśmy, że cierpienie się skończy i taka śmierć jest szybka. Umiera się szybciej, niż gdy umierasz na raka lub inną chorobę. Więc staraliśmy się nie rozpaczać. Ale nie rodzimy się po to by zostać zabici. W każdym razie, pogodziliśmy się nieco z taką sytuacją. Przyszedł apel wieczorny. To było cudowne popołudnie, cudowny wieczór. Słońce zachodziło, a przedtem padał wiosenny deszcz, ciepły wiosenny deszcz. Było też widać cudowną tęczę. Obok mnie stał brat. Pochodził z Górnego Śląska.

Nazywał się Stefan Urbańczyk . Powiedział: „Och, piękna tęcza”. Tak, wspólnie myśleliśmy o przymierzu, które zawarł Jehowa. Nagle apel się skończył, szybko, jak nigdy wcześniej. Byliśmy zdumieni. Tak szybki apel, to niesamowite! Przez większość czasu kazali nam stać godzinami. Egzekucji nie było. Coś musiało się stać. Pomyśleliśmy przez chwilę, że Hitler umarł. Ale wtedy usłyszeliśmy dowódcę obozy, który bardzo bluźnił. On okropnie z nas kpił. Zhańbił imię Jehowy. I nagle ten dowódca o dostał udaru. To było bardzo interesujące. Był bezdusznym człowiekiem.  Szydził z nas także w trakcie drogi do pracy. Teraz dostał udaru.

Pamiętam, że w  lutym lub w marcu 1940 roku, strasznie zimno i dużo naszych braci zamarzło na śmierć. Wszystkim było zimno. Przed wyruszeniem do pracy, współwięźniowie powiedzieli mi: Uważaj, żebyś nie dostał mrozu. Musisz uważać, aby Twoje kończyny nie zamarzły. Jeden z moich palców po prostu zgnił z mrozu. Rana pachniała gorzej niż zgniłe jajka. Za każdym razem, gdy wychodziliśmy do pracy, komendant jechał obok nas na swoim czarnym koniu. Miał pięknego konia. To było cudowne zwierzę. Pieścił go i mówił: „Liese, Liese, czy zdajesz sobie sprawę, jak oni śmierdzą?” Koń parsknął. Musieliśmy także śpiewać  piosenki, kiedy szliśmy do pracy. „Czcijmy ten dzień, zaśpiewajmy i bądźmy radośni”. Takie były słowa jednej z nich. Z czasem przewieziono mnie do Hamburg-Neuengamme.

Kiedy przyjechałem tam do obozu, to warunki były katastrofalne. Spaliśmy we dwoje na słomianym materacu. Warunki higieniczne były okropne. Było tam z nami około 150-200 więźniów. Spaliśmy w suszarni, takiej starej cegielni i to pomieszczenie było zdecydowanie za małe na taką ilość osób. Była tylko jedna, mała toaleta, w której mogliśmy się umyć. Większość ludzi cierpiała na biegunkę. To było okropne. Kiedy wracaliśmy z pracy, to większość więźniów rzucała się na jedzenie. Zazwyczaj w tej łazience byłem sam. Dbałem o higienę. Codziennie myłem się od stóp do głów. W ten sposób trzymałem wszy z dala od siebie. Większość więźniów, z wyjątkiem Świadków Jehowy, miała wszy. Gdy położyłeś kurtkę gdziekolwiek, to ta była zaraz pełna wesz. Widać było jak powoli się rusza. Było tam dużo robactwa. Nie mieliśmy ubrań na  zmianę. Dostawaliśmy je raz na trzy. Moje spodnie były całkowicie zjedzone przez wszy. Zostały całkowicie zjedzone.

Pracowałem tam  przy budowie baraków, jako majster stolarzy. Chociaż byłem piekarzem i cukiernikiem. Nie miałem pojęcia o pracy stolarza. Tam trzeba było umieć robić wszystko. Miałem załogę trzydziestu więźniów, część z nich była braćmi. Budowanie baraków to była strasznie ciężka praca. Teren, na którym budowaliśmy baraki, był  bagienny. Byliśmy tam w błocie aż po kostki. Poza tym strasznie padało. Pewnego dnia pomaszerowaliśmy do pracy i musiałem poszukać części baraku, ponieważ były ich różne modele. Szukałem więc tych części. I nagle zobaczyłem wzgórze przykryte brezentem. Podniosłem to płótno i zobaczyłem nagich ciał.

19 lat niewoli Richarda Rudolpha

Richard Rudolph był ostatnim więźniem obozu koncentracyjnego Neuengamme. Zmarł w wieku 102 lat, w roku 2014. Przetrwał I Wojnę Światową, grypę hiszpankę i wielki kryzys gospodarczy z 1929 roku. Z powodu tych doświadczeń, szukał odpowiedzi na pytania dotyczące sensu życia. Stał się Świadkiem Jehowy i za swoje wyznanie trafił do obozu koncentracyjnego. Do końca bronił swoich przekonań.

W sumie spędził 19 lat za kratami. 9 lat w obozach niemieckich, później 10 w więzieniach radzieckich. Nie godził się na służbę wojskową i nigdy nie zrozumiał czym jest wojna. Po wyzwoleniu obozu Richard Rudolph kontynuował misyjną w radzieckiej strefie okupacyjnej. To niewątpliwie prawdziwy i cichy bohater województwa dolnośląskiego.

Maciej Regewicz

Zostaw komentarz

Imię
E-mail
Comment

Polub nas