Historia do Kawy: Zakłady R-1 – życie w cieniu uranu cz.1

Zakłady R-1

2 września 1945 roku kapituluje Japonia. Kończy się II wojna światowa, zaczyna atomowy wyścig mocarstw, który mógł skończyć się całkowitą zagładą ludzkości.

Przygotowania do nowej wojny

8 maja 1945 roku. Zmęczeni wojną mieszkańcy Europy w końcu czują powiew wolności oraz zmian, jakie czekają świat po największym w dziejach ludzkości konflikcie zbrojnym w Europie. Choć tak naprawdę konflikt między USA a Japonią trwa nadal, to obywatele starego kontynentu nie dostrzegają nowych zagrożeń. 6 lat gehenny, mordów, niepewności. Tak w 3 słowach można podsumować II wojnę światową. Jednak nie ma odpowiednich słów, aby określić, czym naprawdę był ten konflikt.

W Europie wojna się skończyła. Powstają nowe granice, nowi możni tego świata toczą polityczny spór o stołki w zniszczonym wojną świecie. Wiele państw zyskuje, wiele traci. Prawdą jest, że jedyne czego pragnęli zwykli obywatele to pokoju oraz czasu na wyrzucenie wspomnień z tamtych okrutnych dni, choć większości nigdy się to nie udało. Wojna trwa za oceanem, jednak już na początku miało się to zmienić…

Otworzyły się bramy piekieł

Armia Japońska bezgranicznie wierząca w Cesarza oraz w jego boskość, nie miała zamiaru poddawać się jeszcze bardzo długo. Choć wojska amerykańskie odnosiły coraz większe sukcesy na Pacyfiku. Dowództwo USA widząc pokój w Europie, postanowiło postawić wszystko na jedną kartę i pokazać całemu światu broń, która może zrównać miasta z ziemią.
6 sierpnia o godzinie 8:15, z samolotu Boeing B- 29 na Hiroszimę zrzucono bombę o kryptonimie „Little Boy” (mały chłopiec). Spadła z wysokości 9500 metrów na mieszkańców tętniącego życiem miasta. W jednej chwili śmierć poniosło 78 tysięcy Japończyków. Nie sposób policzyć, ile osób do dziś boryka się ze skutkami choroby popromiennej. Trzy dni później podobny atak przeprowadzono nad miastem Nagasaki. Skutki wybuchu bomby atomowej były mniejsze, ale tylko ze względu na fakt, że Nagasaki to miasto mniejsze niż Hiroszima.

Do dziś można spierać się na temat słuszności tego ataku. Niektórzy historycy twierdzą, że uchroniło to Japonię przed dużo poważniejszymi konsekwencjami. Prawdy nie poznamy, jednak faktem jest, że amerykanie pokazali światu broń, która już wtedy miała być potencjalnym straszakiem wobec osłabionej, ale wciąż dostatecznie silnej Armii Czerwonej.  2 września 1945 roku kapituluje Japonia. Kończy się II Wojna Światowa – zaczyna się atomowy wyścig mocarstw, który mógł skończyć się całkowitą zagładą ludzkości.

 „Niech żyje i umacnia się braterska przyjaźń i współpraca narodów Polski i ZSRR”

Po II Wojnie Światowej, na mocy traktatów jałtańskich, Polska stała się częścią Związku Radzieckiego. Stała się więc częścią wielkiego mocarstwa, które miało być potencjalnym wrogiem w walce z USA w III Wojnie Światowej. Już na początku lat 50′ coraz śmielej o niej mówiono. Radzieccy generałowie oraz władze, widząc skutki amerykańskich ataków na Hiroszimę i Nagasaki, wiedzieli, że w potencjalnym konflikcie z kapitalistami, nie mają na tą chwilę większych szans. Tylko jedna rzecz mogła odwrócić los i wyrównać militarne szanse.

Prace nad własną bronią oraz własny program nuklearny

Rosjanie wiedzieli już w trakcie II Wojny Światowej o bogatych złożach naturalnych na Dolnym Śląsku. Musimy pamiętać, że wielu naukowców z III Rzeszy, zaraz po II wojnie światowej wywieziono na poligony rosyjskie czy amerykańskie. Najpewniej Ci naukowcy, którzy niegdyś pracowali dla nazistów, zdradzili komunistom sekrety w produkcji broni masowego rażenia, gdyż takie prace Niemcy faktycznie prowadzili już w latach 40’. Broń atomowa nie może być produkowana bez rud uranu o wysokim natężeniu promieniowania. Bardzo szybko okazało się, że nasze ziemie są niesamowicie bogate w ten pożądany surowiec.

Cały Dolny Śląsk oraz Ziemia Kłodzka stały się terenami, którymi bardzo pod kątem uranu interesowały się władze ZSRR. W związku z tym bardzo szybko rozpoczęto tam prace górnicze i wydobywcze. Rosjanie szli za rudą uranu z jednego miejsca w drugie, często zostawiając po sobie nieodwracalne już szkody. Zakłady R-1 były tajne, a kopalnie i laboratoria od początku istnienia pilnowane przez wojsko. Rozpoczęło swoją działalność w Kowarach 1 stycznia 1948 roku. Dziś opowiem o pracy mojego dziadka w tajnych, kowarskich zakładach R-1.

Zapraszam na kolejną część „Historii do kawy”.

Pierwszy dzień w pracy – wspomnienia mojego dziadka

Wiedziałem, że jeśli chcę dowiedzieć się więcej o kowarskim R-1 oraz postarać się zrozumieć tamten okres w historii, muszę znaleźć kogoś, kto tam pracował. Nie musiałem jednak szukać długo. Mój wspaniały dziadek Zbigniew Regiewicz pracował w R-1, pnąc się po szczeblach kariery od laboranta do dyrektora laboratorium z tytułami naukowymi za patenty w pozyskiwaniu minerałów i nie tylko. Zacznijmy zatem od początku.

Gdy Rosjanie zdali sobie sprawę z bogatych złóż na Dolnym Śląsku, zaczęto szukać specjalistów, którzy pomogą w pracach nad rudami uranu. Prace górnicze wykonywali tylko Polacy, którzy w kopalniach uranowych pracowali na akord. W pracach laboratoryjnych zatrudniano specjalistów, którzy potrafili pozyskiwać uran z rud. Cały schemat do prac nad rudami wcześniej jednak stworzyli Rosjanie. Kierownicze stanowiska również obejmowali nasi sąsiedzi zza wschodniej granicy. W Kowarach wybudowano dla Rosjan mieszkania, które mój dziadek nazwał ówczesnymi mieszkaniami w wysokim standardzie. Bardzo dbano o pracowników R-1. Rosjanie mieli nawet w Kowarach swoje sklepy, przypominające Pewexy. Mój dziadek określił miejsce zamieszkania Rosjan jako dzielnicę rosyjską, która mieściła się w Wojkowie. Z jego relacji możemy dowiedzieć się, że w tamtym okresie Rosjanie byli izolowani od polskich mieszkańców Kowar.  W latach 60’ rozkwitał przemysł, a wielu młodych chłopaków ukierunkowało swoje nauczanie na chemię. Miało to związek z pozyskiwaniem pracowników do potężnych jeleniogórskich zakładów Celwiskoza.

Zakłady R-1 znane były wszystkim

Mój dziadek również kształcił się w kierunku chemicznym. Z czasem stał się technologiem procesów chemicznych i specjalistą od aparatury chemicznej.  Zakłady – takie jak wspomniana wyżej Celwiskoza – oferowały przyzwoity zarobek i mój dziadek pierwotnie chciał pracować właśnie tam.

Kiedy zdobywałem swoje wykształcenie to nigdy o R-1 nie myślałem. Miejsce było tajne, ale i tak wszyscy mieszkańcy o tym wiedzieli. Trzeba pamiętać, że w szczycie działalności R-1, zakłady zatrudniały 10 tysięcy pracowników polskich! Więc każdy o nich wiedział – wspomina mój dziadek.

Terytorialnie zakłady R-1 sięgały od Zgorzelca, przez Miedziankę, Kowary, aż do ziemi Kłodzkiej.  Do Kowar przywożeni byli pracownicy z Lubawki, Chełmska Śląskiego, Krzeszowa, Kamiennej Góry, Marciszowa, a także Ogorzelca. Zakład, w którym pracowano na dwie zmiany, musiał mieć zawsze obstawione stanowiska, a w szczególności grupy górnicze oraz grupy geologów. Ci drudzy byli od początku istnienia R-1, w latach 60’  byli jednymi z najważniejszych grup działających w zakładach. To geolodzy odkrywali nowe złoża, a w nich znajdowano te rudy uranu, o które chodziło Rosjanom.

10 tysięcy ludzi było skoncentrowanych wokół Kowar dlatego to osiedle, Osiedle górnicze, przy ulicy górniczej, od Urzędu Miasta, aż przez Kowarski Dom Kultury i za nim, to była nasza dyrekcja wybudowana przez Rosjan.

Mój dziadek w 1964 roku miał spotkanie z kierowniczką kadr R-1, gdzie przedstawiono mu warunki, na jakich ma pracować. Świeżo upieczony absolwent z wyuczoną specjalnością chemiczną otrzymał bardzo lukratywną propozycję pracy. Dziadek miał jednak pracować nie pod dyrekcją radziecką, gdyż tak naprawdę Rosjanie w tym roku powoli zaczęli opuszczać  zakłady R-1. Miał pracować pod polską kadrą kierowniczą, choć Rosjan jeszcze doskonale pamięta. Polacy stopniowo przejmowali zakłady R-1, gdyż złoża najbardziej pożądanego przez Rosjan uranu powoli się kończyły i z czasem utrzymywanie kadr oraz zakładów Rosjanom po prostu przestało się opłacać. Dlatego też zostawili Polakom zakłady wraz z rudami uranu, które były słabej jakości. To nie był oczywiście koniec polsko – radzieckiej ”współpracy”. Długo po odejściu Rosjan z R-1 kowarski uran, jechał w beczkach do Moskwy.

Ludzie byli zwyczajnie życzliwi

Rosjanie opuszczali Kowary dosłownie ze łzami w oczach. Nawet im się nie śniło, że można mieć tak dobrze. Oni wiedzieli, że okres dobrobytu skończy się wraz z ich wyjazdem do Rosji. Tu w Kowarach mieli wszystko. Łącznie z godnymi zarobkami. Oni w tym czasie mieli tu Amerykę. Dostawali mieszkania w wysokim standardzie. Dzisiaj to nazwałbym je apartamentami. Żegnali się z polakami płacząc – wspomina dziadek.

Pamięta też, że Rosjanie z Polakami mieli bardzo dobre i życzliwe relacje. Rosjanie odchodząc z Kowar kupowali prezenty na pożegnanie. Inna sytuacja była jednak z wojskiem, które pilnowało każdego budynku w R-1.

Zbigniew Regiewicz rozpoczął pracę w R-1 1 lipca 1965 roku, miał 22 lata.

zakłady R-120 lat pracy z uranem do pierwszych bomb atomowych

Dziadek miał wybór – mógł pracować w Celwiskozie, ale to właśnie zakłady R-1 oferowały pensję większą o nawet 200 %!

W samym R-1 panowały dość ostre zasady. My jako laboranci nie mogliśmy przemieszczać się dobrowolnie do innych pracowni i na odwrót. Były tam pracownie geologiczne i jak ja przyszedłem to były też nie duże, polskie pracownie, które miały za zadanie pozyskiwać uran z hałd, które Rosjanie nam zostawili za darmo. Nie za bardzo wiedzieli co z tym zrobić  – mówi dziadek.

W tamtym okresie powstało też Ministerstwo ds. Energii Jądrowej w Warszawie, które miało pod sobą Instytut Badań Jądrowych w Warszawie.  Instytut ten opracowywał polską technologię obróbki tych rud, które zostawili tu Rosjanie. Oczywiście cały plan był ściśle koordynowany z rosyjskimi partnerami, choć koordynacja to dość duże słowo. W rzeczywistości Rosjanie mieli wciąż kontrolę nad tymi rudami poprzez aparatczyków komunistycznych, którzy byli Polakami.

Technologia miała być skuteczna w pozyskiwaniu uranu z rud ubogich, a przede wszystkim miała być opłacalna.

Ja trafiłem do R-1 w tym momencie kiedy Rosjanie już opuszczali zakłady. Ten proces opuszczania zakładów trwał tak naprawdę od roku 1960. Nastąpiła wtedy wymiana pracowników z Rosyjskich, na Polskich – opowiada.

Wtedy dyrektorem R-1 był polak Włodzimierz Jarża.  O pracowników w R-1 bardzo dbano. Mój dziadek pracował 5 dni po 6 godzin. To na tamte czasy był ewenement na skale kraju. Choć można sobie teraz wyobrazić doskonały system, nie do końca wyglądało to tak jak by się mogło wydawać. Władza ludowa zadbała, aby zarówno w zakładzie jak i w samym mieście ulokować swoich agentów, czyli kapusiów, którzy donosili na osoby pracujące w R-1 w momencie, gdy zaczęły mówić o pracy źle bądź za dużo.

Do laboratorium w R-1 wzięto tylko nas dwóch. Mnie i mojego kolegę Zbyszka Zagórę – wspomina dziadek.

Uran budził strach

zakłady r-1Do pracy w laboratorium szukano fachowców, więc przeprowadzano dość rygorystyczną selekcję. Mój dziadek po prostu znał się na chemii i lubił to robić. Poza tym nie było wielu kandydatów. Byli tacy, którzy pracując w R-1 chcieli podnieść swoje kwalifikację i starali się o pracę w laboratorium. Słowo „uran” budziło wśród mieszkańców Kowar pewien strach. Nikt nie chciał wtedy mieć z nim bezpośredniej styczności, a nie było żadną tajemnicą, że surowiec ten jest po prostu zabójczy. Mój dziadek też bał się uranu, jednak wiedział, że jak na ówczesne czasy, bardzo profesjonalnie ich zabezpieczano pod kątem radiologicznym.

Dostawaliśmy specjalną odzież ochronną, a do fartuchów przypinali nam takie urządzenie, które wyglądało jak kaseta.  Fartuchu mieliśmy z najwyższej klasy materiału ochronnego. Te kasety były przypinane nam w miejscu kieszeni w fartuchu. W nich była specjalna klisza. Z chwilą, kiedy dostałbym wiązkę promieniowania kaseta naświetlałaby się.

W ten sposób sprawdzano czy osoba jest napromieniowana czy nie. Im bardziej oświetlona była klisza w kasecie, tym bardziej napromieniowany był pracownik. Odpowiednio szybka reakcja mogła uratować laboranta, gdyż mała wiązka promieniowania wbrew pozorom nie musi być groźna dla człowieka.

Dziadek wspominał, że w R-1 były też pracownie radiologiczne, które badały pracowników odpowiednio pod kątem promieniowania. Wyżej wymienione kasety były systematycznie zdawane i wymieniane na nowe. Laboranci pracowali bez masek. Co 3 miesiące każdy z nich, w tym mój dziadek musiał przejść badania okresowe. Na terenie R-1 znajdowała się zakładowa przychodnia, a nawet gabinet stomatologiczny. W trakcie pracy można było pójść do dentysty. W momencie, gdy pracownik nie stawił się na badaniach okresowych, automatycznie zabierano mu premię, która wcale nie była niska. Zapytałem dziadka czy oni jako pracownicy wiedzieli, że pracują z uranem, który docelowo wykorzystywany jest w pracach nad bronią masowego rażenia.

Nie wiedzieliśmy tego ale przypuszczaliśmy, że tak jest. Oni nie mówili nam, po co to robimy, a Rosjanie w tym czasie to byli najwięksi przyjaciele – przynajmniej w teorii. A polakom było tak dobrze pod ich kierownictwem, że ludzie nie za bardzo się tym interesowali.

Praca górników nie była bezpieczna

Dziadek jako laborant był bardzo profesjonalnie zabezpieczony. Co innego górnicy, którzy jak już wspomniałem wcześniej, pracowali na akord. Im więcej wykopali, tym więcej zarobili. Rosjanie wiedzieli o skutkach promieniowania w samych kopalniach, dlatego też nie wykonywali prac górniczych. W duchu przyjaźni między socjalistycznymi krajami, wykorzystywano do prac kopalnianych tylko Polaków… Na starym cmentarzu w Kowarach wiek pochowanych górników, często nie przekracza progu 40 lat. Większość z nich zmarła na chorobę popromienną.

Pamiętam jak Pani kadrowa, przed barburką, przed 4 grudnia jechała czarną wołgą do Warszawy i przywoziła do R-1 trzy walizki medali i odznaczeń dla górników. Górnicy wyglądali jak radzieccy generałowie.

W tamtym czasie zmarło wielu górników. Jednym ze sposobów tłumienia nastrojów antyrządowych w krajach dyktatorskich jest tworzenie obrazu męczennika, który oddał swoje życie w zamian za dobro narodu. W tym przypadku dobrem narodu był uran, który w Polsce ludowej nazywany był gwarantem pokoju. W rzeczywistości górnicy w oczach władz radzieckich niestety byli tylko górnikami, a ich śmierć statystką. Oferowali wysokie płace i włącznie kwestią czasu było znalezienie kolejnych pracowników.

Kolejna część historii już za tydzień.

Maciej Regewicz

Zostaw komentarz

Imię
E-mail
Comment

Polub nas