Historia do kawy: R-1 – Życie w cieniu uranu cz.II

Zakłady w kowarach

W poprzednim materiale opowiadałem o początkach pracy mojego dziadka — Zbigniewa Regiewicza w kowarskich Zakładach R-1. Dziś kontynuując, opowiem o szczegółach pracy laboranta w miejscu, które w znacznym stopniu przyczyniło się do powstania pierwszej radzieckiej broni atomowej.

Zapraszam na kolejną część „Historii do kawy”.

Szczegóły pracy w laboratorium R-1

Po wyjściu Rosjan do R-1 przyjeżdżały próbki z różnych kopalni. Co ciekawe nie badano próbek wyłącznie pod kątem uranu, ale również pod kątem wody. Próbki przyjeżdżały do R-1 w postaci rud.

Próbki przyjeżdżały do nas w podłużnych skrzyneczkach z desek. Każda próbka była oznakowana tak, żeby było wiadomo, z jakiego miejsca pochodzi oraz na jakiej głębokości została wykopana. Jeśli próbka była wybierana powierzchniowo i nie pochodziła z odwiertu to przyjeżdżała do nas w jutowym worku. To miało różną postać. Raz kamienie, raz ziemia, raz kawałki skały.

W R-1 były pracownie, które musiały przygotować rudę do dalszych analiz. Jeśli w danej próbce wykryto uran o większym stężeniu, wtedy interesowano się miejscem jego wydobycia. Nie było sensu budować nowych chodników podziemnych, jeśli rudy uranu były znikome bądź istniały tylko takie o stężeniu zbyt małym, aby sprzedać go Rosjanom. Tak mój dziadek wspomina swoją pracę z uranem:

 Rudy mieliliśmy w takich młynkach. Tak jak dzisiaj możemy zmielić kawę. Młynek mielił rudę do odpowiedniej wielkości. Taki granulat trafiał najpierw do pracowni radiologicznej, gdzie sprawdzono go  w specjalnym naczynku o promieniu koło 5 cm, pod kątem promieniowania. Taką próbkę wkładaliśmy do aparatów radiologicznych. One wyglądały jak taki sejf i w środku były wyłożone stalą.

Stawiali na jakość uranu

W aparatach radiologicznych sprawdzano, jak wysokie jest promieniowanie w danej próbce. Szukano tylko tych próbek, które posiadały odpowiednią wiązkę. Tak zwane rudy jałowe, czyli o zerowym promieniowaniu wrzucano do specjalnego silosa. Próbka, która osiągała w granicach 0,1 i w górę promieniowania trafiała do laboratorium mojego dziadka. Tam różnymi metodami, głównie sprawdzonymi radzieckimi metodami dalej badano każdą próbkę wartą uwagi laborantów.

Rosjanie całą śmietankę uranu, czyli tego najbardziej jakościowego uranu,  zabrali ze sobą. Nam polakom zostawili hałdy uranu na zasadzie „róbta, co chceta”. Nie do końca tak było. Wszystkie metody, jakimi badaliśmy uran były radzieckie. Nawet w polskim instytucie badań jądrowych bazowano na doświadczeniach rosyjskich.

Tę zagadkę pracy polaków w R-1 udało mi się dość szybko rozwiązać. Polscy pracownicy mieli nauczyć się pozyskiwać uran z rud ubogich, czyli tych pozostawionych przez Rosjan. Ich pracę i ich doświadczenia naukowe prędzej czy później i tak wykorzystaliby Rosjanie w swoich badaniach. My wykonywaliśmy tam brudną robotę, która nie opłacała się naszemu bratniemu narodowi. Rosjanie wyszli z założenia, że dali nam sprzęt, miejsca pracy, zakład oraz podwaliny do dalszych badań  z rudami uranu, ale to, co najbardziej istotne, czyli np. koncentrat uranowy, który nasi laboranci potrafili pozyskać miał trafiać bezpośrednio do Rosji. Mówiąc wprost robiliśmy za Rosjan kawał dobrej roboty w kwestii badań jądrowych i duża część ich technologii jądrowych jest po prostu zasługą polskich fachowców.

Koncentrat uranowy

 Koncentrat uranowy pozyskiwaliśmy z rud uranowych. Wygląda dosłownie, jak zmielona kawa. Koloru brązowego, poprzez jaśniejszy brąz, do jasnopomarańczowego. Im bardziej pomarańczowy kolor, tym większe stężenie uranu. Nie wiem, czy już można to mówić, czy nie. Rosjanie po prostu warunkowali, jakie ma być stężenie tego uranu. Bo już wtedy wiedzieliśmy, że nasz kowarski uran jest w rosyjskich bombach atomowych. Wcześniej tylko się domyślaliśmy.

Codziennie do R-1 dowożono próbki i każdą z nich trzeba było bardzo fachowo i szczegółowo zbadać. Skąd taka intensyfikacja prac? Po prostu kończyły się złoża rud uranu. Pracownicy doskonale wiedzieli, że w takim systemie, w tym zakładzie i w takim samym składzie popracują jeszcze maksymalnie 5 lat.

W jaki sposób pozyskiwano koncentrat uranowy?

Każda ruda, którą warto było się zainteresować, czyli ruda o stężeniu 0,5 procent do jednego procenta ze względu na stężenie uranu, po obróbce trafiała do specjalnego roztworu wodnego. Roztwór wypełniano odpowiednimi jonitami, które wyglądem przypominały rosyjski przysmak, jakim jest kawior. Granulki te miały specjalne wartości. Z chwilą, kiedy uran w roztworze wodnym przechodził przez kolumnę, te granulki zabierały uran z wody i przyklejały go na siebie. Woda płynęła rurami do pobliskiego stawu, ale już bez uranu. Po wypłukaniu granulek uran został tak jakby ściągnięty z nich. Później uran skoncentrowany na jonitach trafiał do obróbki cieplnej. Granulki spalały się, a uran zostawał. Na specjalnych tacach kwasoodpornych zostawał uran. Im bardziej pomarańczowy, tym bardziej pożądany przez Rosjan. Taki koncentrat trafiał na odpowiedni zasyp. Sypano go do specjalnych kontenerów. Żeby Rosjanie go wzięli, musiał mieć stężenie od 50 procent uranu do 75 procent. Rosjanie bardzo chętnie brali go do dalszej przeróbki. Taki uran nadawał się do elektrowni atomowych czy chociażby paliwa rakietowego. Koncentrat specjalnie zamknięty oraz zabezpieczony przewożono na pociąg. Koncentrat uranowy, leżący w wagonach był eskortowany do samej Rosji przez żołnierzy polskich z pepeszami.

Studenci z Wietnamu

W latach 80’ Polskę ogarnął szał kolorowych telewizorów. Mało kto wie, ale kineskopy do tej nowej technologii były produkowane w zakładach R-1. Zakład zakończył obróbkę uranu w roku 1975 ze względu na brak surowca. Była to naturalna kolej rzeczy. Szukano wtedy sposobu na to, co zrobić z kowarskimi zakładami.

Nie było już uranu, a my wciąż tam pracowaliśmy. Zakład wciąż zatrudniał prawie 300 osób.

Żeby utrzymać ruch zakładu, na terenie R-1 istniała między innymi stolarnia czy zakład mechaniczny. Zakład wykorzystywany był także przez Politechnikę Wrocławską, która poniekąd wykorzystała fakt, że w R-1 wciąż był sprzęt laboratoryjny. Cały zakład został zdezynfekowany tak, aby raz na zawsze pozbyć się promieniowania. Na terenie R-1 znajdowała się także specjalna pracownia, którą mój dziadek nazywał CEREM. W tym budynku zajmowano się fachowym oczyszczaniem rud, aby pozyskać z nich CER. Ten z kolei wykorzystywano w kineskopach nowych, kolorowych telewizorów. W trakcie prowadzenia tych prac zaczęto opracowywać metody oczyszczania takich rud. Cała filozofia kolorowych kineskopów polega na tym, że szukano najczystszych pierwiastków ziem rzadkich używanych do danego kineskopu. Wtedy kraje socjalistyczne były naszym sojusznikiem i —  w myśl politycznej przyjaźni —  polska ludowa wyciągnęła rękę do naszych ideowych braci z Wietnamu, chcąc pomóc im w produkcji nowych telewizorów. W Wietnamie bowiem odkryto dużo ilości ziem niezbędnych do tworzenia takich kineskopów. Mój dziadek doskonale pamięta przyjęcia Wietnamczyków do R-1.

W Wietnamie skończyła się wojna i kraj zaczął stawać na nogi. My im w tym pomagaliśmy. To był nasz partner i sojusznik. W dżunglach Wietnamu znaleziono pierwiastki ziem rzadkich. Oni chcieli te rudy przerabiać pod swoje cele. Nie tylko o telewizję chodziło. To była wtedy po prostu nowa technologia – opowiada dziadek.

Niewolnicze warunki

Co ciekawe Polacy również mieli okazję jechać do Wietnamu na wymianę. Mój dziadek również mógł tam lecieć, jednak zrezygnował.  

10 z nas poleciało na miesiąc do Wietnamu, ja też mogłem lecieć, ale zrezygnowałem po tym,  jak dowiedziałem się, w jakich warunkach pracują tam Polacy. To było jeszcze przed stanem wojennym. Kiedy nasi tam pojechali, to nosili na plecach ładunek na statki. To praca trochę niewolnicza, ale okazało się, że Wietnamczycy tak pracują.

W międzyczasie dziadek pracował także w dziale naukowo-technicznym z naukowcami z Politechniki Wrocławskiej.  R-1 istniało w takiej formie tak naprawdę do 1995 roku. Z tym że po zmianie systemowej Wietnam, rzecz jasna, przestał być naszym sojusznikiem i Wietnamczycy już nie odwiedzali Kowar tak chętnie i często. W późniejszym czasie R-1 przejęły zakłady Hydromet, a później Hydro–mech. Tak stopniowo wygaszano pamięć o tym fascynującym miejscu. Mój dziadek swoją przygodę z R1 zakończył dopiero w 2005 roku. Pracował tam przez nieco ponad 20 lat.

Dziadek naukowiec

Historia R-1 opowiadana przez dziadka była niecodzienną i fascynującą podróżą w przeszłość. Żałuję, że nie rozmawiałem z nim o tym wcześniej. Dziadek opowiadając mi o R-1, zaznaczył, że gdybym chciał wiedzieć naprawdę wszystko, to musiałbym słuchać go nieprzerwanie przez tydzień, bo spędził tam większość swojego życia. Co jeszcze bardziej pobudza moją wyobraźnię w kwestii tajności obiektu, to fakt, że dziadek kilka razy pytał, czy już może mi pewne rzeczy powiedzieć. Albo jest to pozostałość po pracy w tym miejscu, albo pracowników nadal obowiązuje tajemnica zawodowa.  Dumą napawa mnie fakt, że dziadek Zbigniew zdobył w R-1 patenty naukowe, m.in.  w prowadzeniu analiz chemicznych i do dziś w możemy odnaleźć jego dane,  jako naukowca, który przyczynił się do rozwoju naszego kraju nie tylko w kwestii badań jądrowych.

zakłady w kowarach

Jego patenty są po dziś dzień opisane, a wielu studentów i pasjonatów chcących przeprowadzać doświadczenia, bądź pracujących w laboratoriach, korzysta z tych metod, które wymyślił i opracował mój wspaniały dziadek. To naprawdę niesamowite uczucie. Mieć dziadka naukowca, który pracował nad uranem wykorzystywanym w pierwszych, radzieckich bombach atomowych.

Dziadku, dziękuję Ci za tę opowieść, historię i za wiedzę, którą mi przekazałeś.

Maciej Regewicz

Zostaw komentarz

Imię
E-mail
Comment

Polub nas